Jakiś czas temu był sobie rok 1969, rok niezwykły, pod wieloma względami. W kinach właśnie wtedy pojawił się pewien film. Jeden z wielu różnych filmów, ale jakże od nich inny. Nosił tytuł "Easy rider" i do dziś-jest jednym z moich ulubionych. Zrobiony za śmieszne pieniądze, przez "krewnych i znajomych królika" jest dziełem kultowym, i często wymienianym w rankingach na najlepszy "film drogi" jaki kiedykolwiek powstał.
*będą spojlery, mniejsze lub większe*
O co w nim chodzi? Dwóch przyjaciół: Billy, i Wyatt ("Kapitan Ameryka"), po zrobieniu narkotykowego interesu życia, jadą na swych ryczących maszynach na festiwal Mardi Gras w Nowym Orleanie. Po drodze spotykają masę różnych ludzi. Od przyjaźnie nastawionych farmerów, którzy pomagają im w naprawie ich pojazdów, poprzez hippisów mieszkających w komunie i nieżyczliwych protagonistom policjantów, do stereotypowo nastawionych do nich wieśniaków. Jest to typowy film drogi, w którym otwarta szosa gra jedną z głównych ról. Fabuła, której praktycznie nie ma (no bo, podróż na festiwal z masą zarobionej kasy nie jest jakimś najoryginalniejszym pomysłem), wcale nie sprawia, że źle się bawimy. Bo każda sytuacja zostawia w nas coś po sobie. Można powiedzieć, że ich podróż jest bardzo symboliczna, a i postać Wyatt'a, reprezentuje sobą Amerykę, która gdzieś po drodze się zgubiła.
Dlaczego tak myślę? Wystarczy spojrzeć co się w tym filmie dzieje. Chłopaki jadą sobie i nagle Wyatt łapie gumę w swoim Harley'u Hydraglide. I pyta farmera czy może zmienić oponę w stajni. I pierwsza bardzo wymowna scena-właściciel majątku ziemskiego podkuwa konia, a w tle-przyjaciele wymieniają oponę. Czy jest coś bardziej wymownego? Dwa światy, dwa podejścia, nowe i stare, żywe i martwe-jednak będące tym samym. Środkiem lokomocji ale... i przyjacielem. O którego trzeba dbać. Wszyscy razem jedzą obiad, i mimo różnic w podejściu, spędzają miło i pokojowo czas, bo każdy jest otwarty, ale i pełen szacunku dla drugiej strony. Chciałoby się tak zawsze.
Autostopowicz, wieczorne ognisko, każdy wypala po joincie, i jadą do komuny hippisów. Mimo, że przyjęci przyjaźnie, to jednak coś jest nie w porządku. Cały spokój jest pozorny. Komentarz tego zjawiska nie jest może jakoś specjalnie negatywny, ale w pewien sposób pełen obaw. LSD na drogę, i dalej do przodu. Problemy z prawem (w sumie za sam image), pomoc prawnika (świetnego Jacka Nicholsona), i dalsza droga już we trójkę. Kolejne ognisko, pobyt w nieprzyjaźnie nastawionym miasteczku. Tragiczne wydarzenia, dalsza droga. Nowy Orlean, zabawa, i świetnie nakręcona scena tripu... I koniec. Zaskakujący, ale w pewien sposób, od początku wiedzieliśmy, że coś takiego się zdarzy.
W sumie, to można powiedzieć, iż film jest pewnym zlepkiem scen. Jednak bardzo znaczących i świetnie zagranych. Pada w nim wiele trafnych spostrzeżeń, i obserwacji życia w ówczesnej Ameryce. Wyatt jest zdystansowany, niewiele mówi, Billy natomiast-rozgadany i wesoły. Widać pewne analogie między nimi a parą głównych bohaterów powieści Cervantesa. Oboje noszą długie włosy, co jest powodem nienawiści wśród wielu ludzi, których spotykają. Mimo, że oboje są przyjaźnie nastawieni i nie szukają zwady. Myślę jednak, że najlepszą rolę zagrał Jack Nicholson. Dostał za ten film zresztą, pierwszą w karierze nominację do nagrody akademii. Wciela się on w rolę, jak już wcześniej wspomniałem, prawnika alkoholika, który z braku laku zgadza się jechać z nimi na festiwal w Nowym Orleanie. I to właśnie on wypowiada wiele kluczowych kwestii, jakie pojawiają się w tym obrazie. Wystarczy posłuchać jego przemowy na temat UFO, w trakcie pierwszego wspólnego ogniska. Kiedy to pierwszy raz próbuje marihuany, i upala się jak świnia. Czy my przypadkiem takimi tekstami nie jesteśmy karmieni od wielu lat, i czy te wytłumaczenia się w ogóle zmieniły? Warto tu wspomnieć, że aktorzy aby bardziej "wczuć się w odgrywane role"-dostali prawdziwie zielsko i się zjarali aż miło. Scena drugiego ogniska we trójkę jest jak dla mnie jedną z najlepszych scen jakie kiedykolwiek w filmach powstały. Całość ma miejsce po wypadzie do knajpy, w której główni bohaterowie spotkali się z (delikatnie mówiąc) antypatią mieszkańców. I wtedy Jack zaczyna komentować całe zajście. Myślę, że to jedne z najlepiej napisanych i wypowiedzianych zdań w całej historii filmu. Każdemu widzowi opada szczęka, i niemym kiwnięciem głowy przyznaje rację prawnikowi.
Akcja jest prowadzona nieśpiesznie. Leniwie wręcz. W pewnych momentach pozwala się nam odprężyć i przemyśleć to co zobaczyliśmy i usłyszeliśmy wcześniej. A uwierzcie mi, film wyzwala w człowieku przemyślenia na różne tematy. Zdjęcia są cudowne, mamy okazję obejrzeć nie tylko wspaniałe maszyny i facjaty Billy'ego i Wyatt'a. Pełno jest długich ujęć, pokazujących nam wspaniałe krajobrazy, wolno przemykające obok swobodnych jeźdźców na chromowanych pięknościach. Dzikie lasy iglaste, zieleń, brązy kanionów, bieda Nowego Orleanu, i równo przycięte trawniki na posesjach mieszkańców południa. Wszystko to sprawia, że widzimy jak wielkim i zróżnicowanym zarówno geograficznie jak i ideologicznie są Stany Zjednoczone Ameryki. Nie polecam tego filmu ludziom, którzy od kina wymagają sieczki, którą serwuje nam na przykład Michael Bay. Trzeba dać mu szansę, i postarać się wczuć w całą sytuację. A otrzymamy świetne widowisko, z którego dowiemy się może czegoś o nas samych.
Nie wolno tu zapomnieć świetnej ścieżki dźwiękowej. Jest to pierwszy film, do którego montażu wykorzystano już istniejące numery, a nie pisano muzykę specjalnie. Jest ona dobrana do filmu idealnie. Zagrała masa artystów, i każda piosenka jest umiejscowiona w sposób perfekcyjny. Wystarczy obejrzeć scenę, kiedy, po zatankowaniu maszyn, bohaterowie wybierają się w dalszą podróż. Utwór "The weight" pasuje idealnie, do powoli przesuwającego się przed oczami kanionu. Tytułowy motyw na wejście czyli legendarne już "Born to be wild", daje nam dokładnie to samo uczucie jakie mają dwaj motocykliści-wolność, radość prędkość i wiatr we włosach. Czujemy to, siedząc w fotelu, serio. "If six was nine" niepokoi i wywołuje dreszcz, odpowiedni do tego co się zaraz po piosence wydarzy. "Ballad of Easy Rider"-kończy film uczuciem niedosytu-ale tą przyjemną jego odmianą. A "Pusher man", wpasowuje się w scenę zrobienia świetnego kokainowego biznesu. Każda piosenka jest dobrana po prostu świetnie, i nie można żadnej nic zarzucić.
Mogę o tym filmie pisać w nieskończoność. Wybrałem go nawet do prezentacji maturalnej pod tytułem "Obraz wędrowca w literaturze i filmie". Jest dla mnie czymś więcej niż tylko pasmem klatek na celuloidowej taśmie. Jest żywym zapisem tamtych czasów, i trafnym komentarzem, na wiele aktualnych i dziś tematów. I do końca życia pamiętał będę tą jedną scenę, kiedy to Jack Nicholson tłumaczy, co według niego jest nie tak z wolnością. I to, że ciężko być wolnym, jak się jest traktowanym jak towar na rynku. To uderza. W dzisiejszych czasach chyba jeszcze bardziej niż wtedy. Mimo tego, że nauczyliśmy się tolerować już prawie wszystko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz